uśmiech, który iskrzy się w pełnych, zwielokrotnionych przez kadry słońcach przetrwały od wtedy aż do dziś; zatrzymany i żywy zarazem. opar upału czuć aż tutaj i aż tutaj bryzga fala z tamtej fontanny; tutaj, w zimę, zapuszczają delikatny, mlecznowijący korzeń łąki stokrotek, którymi zeszła wiosna darzyła tak obficie. w ramie spojrzenia pochylam się i podnoszę filuternie spódniczkę, aż po koronki i wstążki - i widać po oczach, które wychylają łapczywie jakieś widoki spoza kadru, że w głowie mam głównie kwiatki i motylki...
albo inaczej - następna fotografia: portret podwójny, z twarzami rozkapryszonymi przez mimiczne możliwości, na tle surowej panoramy górskiej. pachnie wytęskniona kanapka jedzona zgrabiałymi z zimna dłońmi. pośród skał wykwita nagle strumyk lub uparta zieloność pnie się ku niebu, choć jej oddech nie jest jak mój przez wspinaczkę ascetycznie skomponowany; słyszę go z tego dwuwymiarowego wspomnienia w kolorze.
a jeszcze tutaj - czerwone mury barwione czerwcem. stukot obcasów o bruk i wytchnienie nocy, przez którą miasto z westchnieniem ulgi wypuszcza świetliste lampiony. do dziś tli się aromat kawowy i szeleszczą cicho pióra, z niedbałą obfitością wieńczące moją głowę.
tu znów szmery, lecz karmin miejski, te wypomadowane maski ulic, rażące swoją sztucznością ustępują ponownie nabrzmiałym zieleniom i błękitom. czyjaś ręka wprowadza je łagodnie w sepię i wtedy krajobraz wynurza z barwy własną fakturę, uwypukla się korą brzóz i zawiłością gałęzi bukowych, żyłką liścia topoli odrywa się od płaszczyzny nieba. niskie, przyżółkłe trawy przez przesłonę sfabrykowanego oka wychodzą z przestrzeni i tną ją na części, a na drugim planie znowu słońce, odbite po wielokroć: w każdym jednym refleksie na wodzie tysiąc słonecznych opowieści o nurcie rzecznym.
powiela się ta zdobyta, podbita przyroda przez swoją próżność, przez flirt z taflą zwielokrotnia - i ziemia z niebem stają się symetryczne.
za niebo na ziemi - wielbię wielce te fotografie.