czwartek, 27 grudnia 2012

fotografie. z niepoprawną, niewłaściwą dedykacją

uśmiech, który iskrzy się w pełnych, zwielokrotnionych przez kadry słońcach przetrwały od wtedy aż do dziś; zatrzymany i żywy zarazem. opar upału czuć aż tutaj i aż tutaj bryzga fala z tamtej fontanny; tutaj, w zimę, zapuszczają delikatny, mlecznowijący korzeń łąki stokrotek, którymi zeszła wiosna darzyła tak obficie. w ramie spojrzenia pochylam się i podnoszę filuternie spódniczkę, aż po koronki i wstążki - i widać po oczach, które wychylają łapczywie jakieś widoki spoza kadru, że w głowie mam głównie kwiatki i motylki...

albo inaczej - następna fotografia: portret podwójny, z twarzami rozkapryszonymi przez mimiczne możliwości, na tle surowej panoramy górskiej. pachnie wytęskniona kanapka jedzona zgrabiałymi z zimna dłońmi. pośród skał wykwita nagle strumyk lub uparta zieloność pnie się ku niebu, choć jej oddech nie jest jak mój przez wspinaczkę ascetycznie skomponowany; słyszę go z tego dwuwymiarowego wspomnienia w kolorze.

a jeszcze tutaj - czerwone mury barwione czerwcem. stukot obcasów o bruk i wytchnienie nocy, przez którą miasto z westchnieniem ulgi wypuszcza świetliste lampiony. do dziś tli się aromat kawowy i szeleszczą cicho pióra, z niedbałą obfitością wieńczące moją głowę.

tu znów szmery, lecz karmin miejski, te wypomadowane maski ulic, rażące swoją sztucznością ustępują ponownie nabrzmiałym zieleniom i błękitom. czyjaś ręka wprowadza je łagodnie w sepię i wtedy krajobraz wynurza z barwy własną fakturę, uwypukla się korą brzóz i zawiłością gałęzi bukowych, żyłką liścia topoli odrywa się od płaszczyzny nieba. niskie, przyżółkłe trawy przez przesłonę sfabrykowanego oka wychodzą z przestrzeni i tną ją na części, a na drugim planie znowu słońce, odbite po wielokroć: w każdym jednym refleksie na wodzie tysiąc słonecznych opowieści o nurcie rzecznym.

powiela się ta zdobyta, podbita przyroda przez swoją próżność, przez flirt z taflą zwielokrotnia - i ziemia z niebem stają się symetryczne.

za niebo na ziemi - wielbię wielce te fotografie.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

po trzykroć smacznego!



i ponownie: wiara.
śnieg pada z reklam wprost do serc: nadzieja.
brzęczy prężnie dzwon, jego EKG bardzo prawidłowe: miłość.
doczekaliśmy, przeczekaliśmy: wiara.
czekamy, doczekamy: nadzieja.
patrzymy gwiazdom w szklące powietrzem oczy z twardym, nieustającym uśmiechem: miłość.
kroki nasze poddają się grawitacji, nie odpadamy od planety: wiara.
ale głowa ciągle uniesiona i te aureole wokółgwiezdne, jak srebrzyste wachlarze rzęs: nadzieja.
dłonie w kieszeniach mamy ciepłe: miłość.

nie wyśmienity tort, lecz poczciwy keks. ten się nie rozwarstwia, nie gubi w przepychu składników, nie osacza siebie spienioną obfitością. nie. kolorowy w kąciku zerka jednym, wielobarwnym okiem i nawet, gdy go łamać, zachowuje swą fraktalną spoistość. wiara, nadzieja... i miłość.

smacznego!

środa, 19 grudnia 2012

poradnik przyszłej Żony (wydanie drugie poprawione) - ćwiczenia drugie (obowiązkowe)

ĆWICZENIA DRUGIE - BLISKOŚĆ

2.1 nigdy na odległość. nigdy przez szybę. nigdy przez telefon głuchy. nigdy przez pełną zgiełku ulicę. nigdy z drugiej strony płotu.

nigdy nie mówi swojemu przyszłemu Mężowi i już-Mężowi trudnych rzeczy, nie mając z Nim kontaktu fizycznego. trzymaj za rękę. przytulaj. przytulaj się. tul swoje nogi do Jego nóg. stykajcie się policzkami. połóż Mu dłoń na ramieniu. otulcie się jednym szalikiem. chwyćcie pod ręce.

gdy Was odpycha fala, a nie trzymacie się Razem - och, co to za zuchwałość nie stać ramię w ramię i oddech w oddech!

dotknij Go żywego, byście się nie dotknęli do żywego.


2.2. na początku każdego tygodnia ustalcie swoje pół godziny bliskości. trzeba, byście przynajmniej tyle Razem przytuleni patrzyli na gwiazdy, choćby zniknęło niebo, strącone gniewną ręką. przez zgliszcza Waszych wojen, przez zgliszcza wojen świata - stawcie się na miejscu zbiórki w galowych mundurach i... spocznijcie.