czwartek, 27 czerwca 2013

przystanek

mijam, ale nie pomijam. cofnęło mnie, ale nie zredukowało.
...więc przeszłam obok i zawróciłam. tak, widzę dobrze, nie najgorzej, choć oczy miałam dzisiaj zmęczone.
i nadal ziemia jest ziemią, tramwaj tramwajem a ja - mną. może wszystko jest sobą nawet bardziej.

nagłe spotkanie-niespotkanie, przywracające rzeczywistości fakty a człowiekowi - czucie.
przystanek. przystanęło życie, ja ruszyłam.

wykoleiłam się pięknie: w sposób, w który poza bezpieczną linią torowiska (praca-dom-szach-mat) możemy pytać o kierunek!
spytałam.
odpowiedzi są proste i nieprecyzyjne - odpowiednie.

tramwaj, tramwaj!

kursuję na linii tramwaju.
coraz bardziej jestem mężczyzną. hodowlana androgynia jak dynia!
antycypuję i anihiluję.

ale jeszcze się wykoleję najbardziej malowniczo, bo usta demaskują mój intymny związek z życiem; powietrze musi się tłumaczyć ze czerwonych śladach na tlenie. no i "nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam".

utleniają się złe duchy. ognisko płonie długo - możliwe, że odpowiadam za ostatnie upały.
podskakuję na wyrost w butach na obcasach.

gdy mam kryzys wiary, biorę do ręki młotek. Józef był cieślą - to zwyczajnie praktyczne. wybijam nieporęczne przekonania. wybijam niezgody. wybijam do rytmu. zbijam z pantałyku podest. (post)pantałykowy podest wiedzie w górę; mam scenę do tańca i rytm. tańczę.

(pisane... przed północą.)